Wakacje w Montenegro

Wakacje w Montenegro

No tak wakacje w Montenegro.. ty to masz fart… znajomi z uznaniem kiwali głowami. Ale gdzie to właściwie jest? Nad Adriatykiem? Kiwali z niedowierzaniem głowami… tuż przy granicy z Chorwacją? Ah to przecież Czarnogóra.

Zupełnie nie umiesz jeść miodu! Nie tak łapczywie. Musisz to robić powoli… delektując się każdą kroplą. Po krótkim wykładzie o zbawiennym wpływie czerwonego wina na ludzki organizm( oczywiście połączonym z degustacją), Marko rozpoczął rozprawiać o miodzie. Spotkałem go w winnicy w górach, których stoki stromo opadają do Jeziora Szkoderskiego. Na początku rozmowy zapytał mnie wprost czy jestem chrześcijaninem. Kiedy potwierdziłem od razu zostałem jego dobrym, młodszym kolegą. Marko ma 83 lata i oczywiście wie wszystko o winie, miodzie i … życiu. Lubi opowiadać a we mnie znalazł dobrego słuchacza. Był w czasie II wojny światowej w Polsce, ale nie chciał powiedzieć z którą armią. W miodzie, o kolorze ciemnego bursztynu czułem ciepły smak słońca, fig, kiwi i kwiatów, które kwitną tutaj wiosną.
KOTOR I BOKA
Następnego ranka szedłem wąskimi uliczkami Starego Miasta w Kotorze. Jeszcze były puste. Od wilgotnych kamieni wiało przyjemnym chłodem. Za kilka godzin zakamarki starówki uznawanej za jedną z najpiękniejszych nad Adriatykiem zapełnią turyści z całego świata. Chciałem wejść na górującą nad miastem twierdzę św. Jana nim powietrze tak jak wczoraj osiągnie prawie 40 stopni. Pomimo rosnącego z każdą chwilą upału przez ponad pół godziny wspinałem się po 1350 schodkach wykutych w skale. Było warto. U moich stóp miałem wieże kościołów i czerwone dachy kotorskiego Starego Miasta wpisanego na listę UNESCO a dalej pionowe ściany szaro-białych gór wyrastających nad szafirową woda Boki Kotorskiej – jedynego adriatyckiego fiordu. Zszedłem na dół i wąska szosą ruszyłem wzdłuż jego brzegów. W płytkich zatoczkach stalowe boje unosiły się nad hodowlami małży. Niewielka restauracyjka w starym młynie zapraszała na ich degustację. Ale upał! Zatęskniłem za cieniem.
PERAST
Postanowiłem go poszukać w wąskich uliczkach Perastu, maleńkiego barokowego miasteczka. Rozglądałem się wokół i nie mogłem oderwać oczu od białych, kamiennych domów wtulonych pomiędzy skalną ścianę a zatokę. Jest tu kilkanaście kościołów i kilka pałaców projektowanych w XVI i XVII w. przez słynnych włoskich architektów. Nie ma jednak pośpiechu i huku nadmorskich kurortów. Urocze miejsce ale powoli się zmienia. Z szafirowych wód Boki prawie naprzeciw Perastu wyrastają dwie małe wyspy. Na jednej z nich porośniętej cyprysami stoi benedyktyński klasztor na drugiej kościół Matki Boskiej Skalnej. Popłynąłem do nich łódką wynajętą przy nabrzeżu. Wnętrza obu świątyń aż kipią od światła i kolorów. W Czarnogórze nie ma mrocznych kościołów. Nawet w tych najstarszych freski, które mają po kilkaset lat zachwycają żywą barwą.

GÓRY SĄ WSZĘDZIE

Wyrastają nieomal wprost z nadadriatyckich plaż. Często są porozcinane głębokimi kanionami górskich rzek. Najsłynniejsze to kanion Tary i Plivy. Ze szczytu Jezerskiego vrhu (1660 m n.p.m.) w Parku Narodowym Lovcen (niedaleko od Kotoru) widać prawie całe państwo. Od Boki Kotorskiej na zachodzie po Jezioro Szkoderskie na wschodzie i od gór nad wybrzeżem po masyw Durmitoru wznoszący się na pograniczu z Serbią.
W Buljaricy kolo Pertovaca plaże zamykają dwa klifowe wzgórza. W porównaniu z innymi nadadriatyckimi kurortami to mała i cicha miejscowość. Wypoczywają w niej przede wszystkim Serbowie. Prawie nie ma gości z innych państw. Długa plaża, na której nigdy nie jest tłoczno pokryta jest drobnymi kamykami. Są one płaskie i gładkie. Bez obaw można po nich stąpać. Oszlifowane przez wody Adriatyku, zalewane co chwila morskimi falami mienią się setkami kolorów. Do dziecięcych wiaderek trafią kamyki białe i czarne, zielone i niebieskie, i w paseczki i w kropeczki. Większość plaż liczącej ok. 260 km Czarnogórskiej Riwiery jest do podobna do tej w Buljaricy. Woda w morzu jest przeźroczysta i zachęca do nurkowania. Gorzej jest z otoczeniem kąpielisk – bywa brudno. Latem większość najciekawszych plaż można odwiedzić w czasie rejsu stateczkiem od Budvy do Baru. Rano zbiera pasażerów z plaży a wieczorem po odwozi na tą, z której wypłynęliśmy. Dopiero za Ulcinjem leżącym na południu tuż przy granicy z Albanią zaczynają się plaże piaszczyste. Najdłuższa pośród nich Wielka Plaża ciągnie przez kilkanaście kilometrów. Jej najlepiej zagospodarowany fragment nazwano Copacabaną. Nieco szarawy piasek ma podobno właściwości lecznicze ale nie ma wiele wspólnego ze złocistym piaskiem plaży w Rio de Janeiro. Na bezpłatnym parkingu jest dużo wolnych miejsc. Pomimo, że jest to środek sezonu na plaży jest także pustawo. zamków z piasku.
NA POGRANICZU
Jesteśmy na pograniczu religijnym. Czuje się to w mieście ale doskonale widać także na plaży. Tu moda Zachodu spotyka się z tradycją Wschodu. W pobliżu plażowych parasoli kilka kobiet opala się toples ale tuż obok nich trzy muzułmanki wchodzą ubrane od stóp do głów do falującego morza. Jedna z nich pływa a pozostałe stoją po pas w wodzie. Potem zgodnie wychodzą na brzeg i opalają tak już mocno zarumienione kostki u nóg…bo tylko tyle ciała widać spod ich długich, ciemnych szat. Następna plaża nosi nazwę Moskva Beach i jest ulubionym miejscem miłośników kitengu, surfingu i zabawy na skuterach wodnych. Jak można się domyślić króluje tam język rosyjski. Jeszcze odrobinę dalej zaczynają się plaże wyspy Ada (Ada Bojana) na której znajduje się największy ośrodek dla nudystów w tym rejonie Europy.
STARY BAR
Ruszam do Starego Baru. To efektowne ruiny miasta, opuszczonego przez mieszkańców w 1878 po odbiciu go przez Czarnogórców z rak Turków. Zniszczonego wówczas ostrzałem miasta nie odbudowywano lecz zaczęto wznosić nowe tuż przy brzegu morza. Popadającą w ruinę starówkę całkowicie zniszczyło wielkie trzęsie ziemi w 1979 r. Teraz jest częściowo rekonstruowane. Zwiedzanie to wędrówka zarysami starych ulic, pośród fragmentów białych ścian, odbudowanych świątyń i murów miasta. Niezwykle urocza jest uliczka prowadząca do zamkowej bramy. Wkrótce będzie to bardzo atrakcyjne miejsce z jej niewielkimi kawiarenkami, galeriami sztuki i sklepikami. Zatrzymuję się przy sprzedawcy oliwy, który gorąco zachwala swój towar. Patrzę na złociste butelki. Okolice Baru słyną z gajów oliwnych i najstarszego drzewa oliwnego w Europie. Ponoć ma około 2 tys. lat!
GDZIEŚ WYSOKO
Dziś nie korzystam z tunelu łączącego szosę z Podgoricy z nadadriatycką magistralą. Pnę się autem prze wąskie górskie drogi. Z trudem mijam się na nich z rzadka napotykanymi autami. Droga jest wąska ale równa jak stół. Mijam niewielkie wioski, które o tej porze dnia wyglądają jak wymarłe. Może w niektórych rzeczywiście nikt już nie mieszka. Jak tu cicho! Za skrajem wąskiej drogi wije się Rijeka Crnojevica wpadająca do Jeziora Szkoderskiego. Jej malownicze zakola przeciskają się pomiędzy stożkami wzgórz.
Po kilku godzinach wolnej górskiej jazdy byłem w Cetinje dawnej stolica Czarnogóry. Jeszcze w początkach XIX w. była zapomnianą wsią. Jednak w latach 1878-1914 stała sie stolicą najmniejszego państwa w Europie. Z czasów pierwszej niepodległości pozostała duma mieszkańców, kilka reprezentacyjnych budynków i ambasady ówczesnych mocarstw rozrzuconych pośród parterowych domków oraz kilku placów. Jest tu sennie, leniwie i uroczo. Najprzedniejszy klimat małego miasteczka.
Główny deptak ożywa o zmierzchu. Za to od rana do późnego wieczora w niewielkich kafejkach przesiadują mężczyźni obowiązkowo przy małej ale mocnej kawie ze szklaneczką wody, dyskutując o sporcie i polityce. Wszystko jest tu blisko: główne ulice, urzędy , sklepiki, muzea, dawne ambasady, kościoły i monastry. Ten najważniejszy pośród nich – cetinjski monastyr odwiedzają prawosławni pielgrzymi szukający łask modląc się przy relikwiach św. Piotra Cetyńskiego. Znowu przez góry jadę do Budwy. Miasto obrosło setkami nowych budynków, które wdzierają się wysoko na skalne zbocza. Apartamenty na sprzedaż, do wynajęcia, pensjonaty buduje się teraz bardzo daleko od morza. W dole tuż przy brzegu Adriatyku widać Stare Miasto Budwy. Po chwili już jestem na jego wąskich uliczkach. Pośród staromiejskich sklepików myszkują najbardziej zagorzali miłośnicy zakupów. Wszyscy inni są teraz na plaży. Tutaj przed wejściem do wody trzeba założyć klapki lub sandały. Pośród skał żyją jeżowce, które bardzo boleśnie ranią stopy. Siadam na betonowym pomoście wysuniętym daleko w morze. Prze murami miasta stoją kolorowe plażowe parasole. Silny wiatr od morza przyniósł zbawczy chłód.
Wieczorem wyruszyłem na szczyt nadmorskiego klifu nad Petrovacem. Prowadzi tam wąska ścieżka. Jednak widok jest urzekający, z morza wyrasta skalna wysepka na której rybacy zbudowali kościółek. Siedziałem na skraju klifu i patrzyłem na zachód słońca. Nawet latem zmrok zapadu tu szybko. Góry Stały się najpierw tylko szare, a wkrótce potem całkiem czarne. Montenegro – Czarne Góry tak jak je nazywali je niegdyś weneccy żeglarze.
Tekst i zdjęcia: Marek WAŚKIEL
http://www.waskiel.pl

Add comment